środa, 16 października 2013

14. “Po prostu pogadaj”


- Ej, ładnie pachniesz.
- C-co? – podniosłem zdezorientowany wzrok na Nialla, podejrzanie szczerzącego się do mnie. Włożyłem zakładkę w książkę i zamknąłem ją, wzdychając ciężko. – Coś ty ćpał?
- Ja? Nic – wzruszył wesoło ramionami. – Po prostu wcześniej było mi zimno, więc wziąłem sobie twoją bluzę i stwierdziłem, że ładnie pachniesz – wyjaśnił.
- Niall, dziecko drogie, dzisiaj jest ponad trzydzieści stopni w cieniu, latasz po mieszkaniu w samych gaciach... – pokręciłem głową z politowaniem. – A tak serio, to gdzie znalazłeś nalewkę? – posłałem mu badawcze spojrzenie. Czknął głośno.
- W tym dużym barku… - mruknął niewyraźnie. – Dobra była. Chyba ją wujek Albert robił.
- Horan… - jęknąłem, przysuwając się bliżej i objąłem go ramieniem. – Chłopie, co się dzieje?
- Wszystko się pieprzy – schował twarz w dłoniach. No to już wszystko jasne… - Chciałbym z nią porozmawiać, wyjaśnić jej wszystko, tylko… tylko ja nie wiem, co mam jej wyjaśniać. Nie mam zielonego pojęcia, co do niej czuję. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo byłem rozdarty, kiedy ona tak otwarcie flirtowała z Liamem? – Dobrze, że nie znasz finału… - Miałeś kiedyś wrażenie, że jesteś piątym kołem u wozu? Ja właśnie tak się czułem. Może i byłem troszkę pijany… no dobra, tak bardzo troszkę – poprawił się, napotykając moje wiele mówiące spojrzenie – ale doskonale wszystko pamiętam… Najgorsze jest w tym wszystkim to, że całkowicie gubię się w uczuciach – jęknął cicho i kilka łez spłynęło po jego rumianych policzkach. Starłem je delikatnym ruchem ręki i przytuliłem go do siebie.
   Horan od zawsze był wrażliwym chłopakiem. Na niektóre sytuacje reagował… bardziej emocjonalnie, niż inni. Łatwo było go doprowadzić do płaczu. A już na pewno, jeśli chodziło o sprawy sercowe. Nigdy nie miał szczęścia do kobiet. Myślę, że jego problem tkwił w tym, że za mocno się angażował w każdy ze związków. Dziewczyny zostawiały go ze złamanym sercem, a biedak nie wiedział co robić. Zakochiwał się zdecydowanie zbyt szybko.
- Po prostu z nią pogadaj – pogłaskałem go pocieszającym gestem po ramieniu. Przewrócił oczami.
- Po prostu pogadaj… - powtórzył smętnie. – Jakbym umiał, to już dawno bym to zrobił…
- Umiesz. Tylko, że jesteś tchórzem –stwierdziłem.
- Masz absolutną rację, ale co ja z tym zrobię? – spytał, spoglądając na mnie niepewnie. Chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią.
- Just be fearless.

 
- Jezu, co wy mi robicie z tymi włosami? – jęknęłam, gdy Becky kolejny raz szarpnęła zdecydowanie za mocno.
- Czeszemy – mruknęła skupiona Carol, przekładając sobie w palcach kępkę moich kudłów. Jestem ciekawa, czy to będzie się dało kiedyś rozplątać…
- Ja naprawdę nie wątpię w wasze fryzjerskie talenty, ale na miłość Boską, trochę delikatniej! Ał! Właśnie o tym mówię! – wrzasnęłam zirytowana, na co Gomez parsknęła cichym śmiechem. – Jesteś okrutna – powiedziałam z goryczą, kątem oka patrząc na brunetkę.
- Wiem – wzruszyła ramionami. – Nic nowego, Vanilla mi to mówi cały czas.
- O właśnie, potem musimy pójść tam do nich – szturchnęłam Carol w ramię. – Poznasz chłopaków i tą debilkę.
- Dobrze, że cię teraz nie słyszy – szepnęła Becky. – Zarobiłabyś widłami, jak nic. Albo co by tam pod ręką miała… ta dziewczyna jest nieobliczalna…
- I właśnie dlatego pasuje do Louisa! – ożywiłam się natychmiast, czując, że schodzimy na temat sercowych rozterek przyjaciół. Przy okazji, chciałam poruszyć również inną kwestię… – Nie rozumiem, dlaczego oni się tak nie lubią. Albo udają, że się nie lubią – dodałam, marszcząc brwi.
- Taylor, po pierwsze, to są dwa, wybuchowe charaktery…
- …przeciwieństwa się przyciągają przecież! – oburzona przerwałam początek wypowiedzi Becky. – No wiesz, plus i minus…
- Nie chodziło mi o przeciwieństwa… Oboje są uparci i wredni, szczerzy do bólu, zacięci do szpiku kości. Myślę, że między innymi dlatego się nie dogadują. Bo są tacy sami, ale nie umieją się do tego przyznać. Takie jest moje zdanie na ten temat – brunetka wzruszyła ramionami.
- Im więcej o nich mówicie, tym bardziej chcę ich poznać – powiedziała Carol. – Wydają się ciekawą parą.
- Nie parą. Parą – poprawiłam ją, kreśląc cudzysłów w powietrzu.
- Rozumiem… - ruda pokiwała głową ze zrozumieniem. – Ile mają lat?
- Louis w tym roku kończy dwadzieścia dwa, a Vanilla w marcu skończyła dziewiętnaście.
- Trzy lata różnicy to niedużo, zwłaszcza, gdy to facet jest starszy – Carol sięgnęła po grzebień i zaczęła mi coś na głowie usilnie czesać. Bałam się, co one mi z moimi biednymi włosami zrobią. Obie są z rodziny Gomezów, więc wszystko jest możliwe… - Z waszych opowieści wynika, że powinnam zacząć im kibicować.
- Nie tylko im… - mruknęłam cicho. – Becky, co tam u Nialla? – uśmiechnęłam się promiennie do lusterka. W odpowiedzi pokazała mi język. – No co?
- To… nie jest takie proste, jak myślicie, że jest  – westchnęła ciężko, rozplątując jakiś supeł, który wcześniej zrobiła. Aż się wzdrygnęłam na myśl, że tego może być więcej.
- Więc nam wyjaśnij, ja chętnie posłucham, bo nie jestem w temacie – odezwała się Carol.
- Ona kocha Nialla, ale zdradziła go z Liamem! – krzyknęłam, zanim Becky zdążyła zatkać mi usta ręką i przywalić szczotką w łeb.
- Po pierwsze: ja go nie kocham. A po drugie, to jak mogłam go zdradzić, skoro nawet nie jesteśmy razem? – fuknęła. – Ja… ja nie wiem, co ja do niego czuję. A Liam… to był jednorazowy wyskok, byłam pijana, nie wiedziałam, co robię…
- Tak, jasne… - przewróciłam oczami. – Nie wiedziałaś co robisz, ale specjalnie podlazłaś z Payne’m prosto pod nos Horana… widziałam przecież – westchnęłam. – Zresztą, z opowieści Vanly wynika, że została wykorzystana jako przedmiot obiektu zazdrości, cokolwiek to sformułowanie oznacza.
- To wcale nie tak… - brunetka pokręciła głową zrezygnowana. – Nie wiem, co strzeliło Niallowi do łba… to moja wina, że ją pocałował?
- Tak, twoja! –  podniosłam głos, mając już kompletnie dosyć jej durnowatych tłumaczeń i wymówek. – Co ty do niego czujesz w ogóle, co? Bo jak na razie to swoją postawą prezentujesz zimną kłodę, która bawi się uczuciami biednego chłopaka.
- Zimną kłodę? – Carol parsknęła śmiechem.
- Tak, zimną kłodę – burknęłam, krzyżując ręce na piersiach.
- Mój problem polega na tym, że nie wiem, co do niego czuję – powiedziała Becky.
- Po prostu z nim pogadaj… - wzruszyłam ramionami.
- Po prostu pogadaj… łatwo ci mówić – mruknęła z zażenowaniem.
- Bardzo.
- No ale co mam mu niby powiedzieć? – spytała, marszcząc brwi.
- No nie wiem… na przykład coś w stylu Przepraszam, że jestem taka wredna w stosunku do ciebie, jeśli mnie kochasz to sorki, bo ja ciebie nie, zostańmy przyjaciółmi, ok?
- Tego mu na pewno nie powiem – pokręciła głową.
- Dlaczego? – Carol spojrzała na nią pytająco.
- Bo ja… bo po pierwsze, to on mnie na pewno nie kocha, a po drugie…
- Gówno prawda – wcięłam jej się w zdanie.
- Zamknij się i daj mi dokończyć – warknęła w moją stronę, na co przewróciłam oczami. – Po drugie, ja sama nie wiem, kim chcę być dla niego. Nie mam zielonego pojęcia, co do niego czuję, ani jak to sprawdzić. To nie jest takie kurna proste…
- Powtarzasz się – zauważyła Carol. Pokiwałam głową. – Nie ruszaj się, Taylor…
- Dziewczyny no, co ja mam zrobić? – jęknęła Gomez, teatralnie tupiąc nogą.
- Porozmawiać z nim – ruda odłożyła grzebień no łóżko. – Szczerze i bez świadków. I to jak najszybciej.


   Zajęta dziabaniem drewna, przysłuchiwałam się wrzaskom Zayna i Harry’ego, którzy na podwórku bawili się w berka (tak, w berka… jak dzieci). Brałam z kupki węgla, wymieszanego z drzewem na opał największe kawałki, które potem lądowały pod siekierą. Westchnęłam głośno, wsuwając na ręce brudne rękawiczki i zaczęłam przerzucać podziabane patyki na górkę pod ścianą.
- Może pomóc?
   Podniosłam się gwałtownie, nie będąc przygotowana na czyjąś obecność w pomieszczeniu. Zamrugałam kilkakrotnie i zmarszczyłam brwi, lecz po chwili uśmiechnęłam się lekko.
- Jakbyś mógł – wzruszyłam ramionami.
- Więc co mam robić, szefie? – zapytał Liam, stając obok mnie.
- Układaj to drewno na tamtej kupce, tak jak ja zaczęłam.
   Dokładnie zademonstrowałam mu, co i jak. Podczas, gdy on wykonywał swoją (chociaż, właściwie to moją) robotę, ja ponownie usiadłam na stołeczku przy pieńku i zajęłam się dziabaniem większych kawałków drzewa. Po jakimś czasie postanowiłam przerwać ciszę, która ciążyła mi niemiłosiernie odkąd se klapnęłam.
- To ten… - podrapałam się po głowie – z Niallem i Becky już… wszystko git?
- A co miałoby być nie git? – podniósł na mnie wzrok znad kupki drewna. Spojrzałam na niego z politowaniem.
- Nie udawaj głupiego, wszyscy widzieli – mruknęłam.
- Co?! – Liam był w tym momencie autentycznie przerażony. – Co widzieli?
   Po krótkiej chwili zdałam sobie sprawę, że źle sformułowałam swoją wypowiedź. On myślał, że my widzieliśmy… ekhm. Zaśmiałam się cicho.
- Nie chodziło mi o to… tego nikt nie widział – parsknęłam.
- Ale ty wiesz… - na jego twarzy malowało się zdezorientowanie sytuacją i moją wiedzą. – Skąd wiesz?
- Becky mi powiedziała – wzruszyłam ramionami. – Louis też wie.
- A ten skąd?
- Podsłuchał. Przy okazji się wyglebił, to było fajne akurat – wzruszyłam ramionami. – Becky mówiła, że wszystko sobie wyjaśniliście… po twojej minie sądzę, że chyba jednak nie do końca – zerknęłam na twarz Liama, który wyglądał, jakby zaraz miał bełtnąć. – Czyżby problemy sercowe?
- Tak jakby…
- Niech zgadnę, nie wiesz, co do niej czujesz, ale podejrzewasz, że to miłość, tylko że widzisz, iż ona ewidentnie woli Nialla, jesteś rozdarty, nie wiesz co masz robić – rzuciłam gdzieś za siebie wszystkie drewienka, które trzymałam i otrzepałam ręce.
- Ty jesteś jakimś pieprzonym prorokiem, czy jak? – mruknął markotnie. Zaśmiałam się krótko.
- Może po prostu znam się na ludziach. Co zamierasz zrobić z tym faktem?
- A co miałbym?
- Po prostu z nią pogadaj.
- Po prosu pogadaj… - burknął. – Powiedziałem jej przecież, że to wszystko nic dla mnie nie znaczyło…
- A znaczyło? – zmarszczyłam brwi.
- Jakbym wiedział, to bym ci powiedział. Ale nie wiem, więc nie mogę – westchnął.
- …czyli ta wasza rozmowa wcale nie była taka szczera, jakby się mogło wydawać – stwierdziłam, siadając z powrotem na taborecie. – Jesteście dziwni z tymi swoimi uczuciami – skrzywiłam się.
- Spójrz ty lepiej na siebie i Louisa…
- Ale ja go przecież nie kocham, więc o co chodzi? To jest zupełnie inny temat…
- Wcale nie – zaprzeczył gwałtownie. Nawe zbyt gwałtownie, bo kawałek drewna, który miał w dłoni, wyślizgnął mu się spomiędzy palców, obierając za cel lotu moją głowę. Niestety, mój refleks tym razem nie spisał się najlepiej, więc po sekundzie poczułam przeszywający ból w okolicach prawej brwi.
- O Jezusie! – Liam podbiegł do mnie z prędkością światła. – Nic ci nie jest?
- Chyba żyję – mruknęłam, delikatnie przejeżdżając opuszkiem palca wskazującego po pulsującym miejscu, by po chwili spostrzec, że na palcu jest krew. Fajniee, nie ma co… - Najwidoczniej rozciąłeś mi łuk brwiowy, czy jak to tam, ale żadnych zmian mózgowych nie dostrzegam. Na razie.
- Musimy ci to opatrzyć – Payne pomógł mi wstać, chociaż równie dobrze mogłabym to zrobić sama. Grzecznie powlokłam się za nim do domu, rzucając jeszcze Ta rozmowa jeszcze nie jest skończona….
***
 
JUST SORRY FOR THIS SHIT.

piątek, 30 sierpnia 2013

13. “Pasujecie do siebie jak kibel i Domestos”

Ten specjalny, bo TSZYNASTY rozdział, dedykuję moim skarbom: Ani, Zuzi, Gosi, Pauli, Iwonce, Adajli, Julce i Ani. Kocham was bardzo, bardzo mocno. Dziękuję, że jesteście <13
***
 
   Całą noc nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, z pleców na brzuch, zaciskałam powieki jak najmocniej, ale i tak niewiele to dało. Próbowałam nawet liczyć owce, które potem zamieniłam na świnki i dorobiłam im twarz Louisa, ale gdzie tam. Po trzysta trzynastej Louświni dałam se spokój. Cierpliwość to nie jest moja mocna strona, niestety.
   Przez większość czasu tępo wpatrywałam się w biały sufit mojego pokoju, który aktualnie miał kolor złota, dzięki latarni stojącej niedaleko mojego okna, dającej delikatne, żółte światło. Myślałam o najgłupszych rzeczach, a potem zamartwiałam się, że mi już odbija na starość. No bo nie sądzę, żeby rozmyślanie o ogórkach o trzeciej w nocy należało do normalnych rzeczy.
   Odetchnęłam z ulgą, kiedy mój budzik pokazał godzinę 5:07. Wygrzebałam się spod kołdry i poczłapałam do okna. Osunęłam zasłony. Słońce już przygrzewało, więc zapowiadał się upał. A to źle, bo miałam w planach wykosić w polu, a potem oberwać maliny. Podreptałam do łazienki, żeby odprawić poranną toaletę i dziesięć minut później zjawiłam się z powrotem w pokoju. Westchnęłam, wciągając na tyłek jedne z najgorszych portek, jakie miałam. Trzeba działać zapobiegawczo, musiałam włożyć na siebie coś, co będzie mogło zaliczyć bliskie spotkanie z trawą, paliwem do kosiarki i prawdopodobnie smarem.
   Koszulę do malin miałam na kanapie, więc zarzuciłam na siebie biały podkoszulek i zbiegłam na dół po schodach. Po drodze sprawdziłam kieszenie spodni. Znalazłam tam fistaszka. Postanowiłam zostawić go sobie na później.
   Zaabsorbowana nowym znaleziskiem wpadłam na coś… dużego. Albo raczej na kogoś. Podniosłam głowę i napotkałam parę niebieskich tęczówek.
- Dzień dobry – powiedział, robiąc krok w tył.
- Dzień dobry Louis – mruknęłam. – Co się stało, że widzę cię o tej porze żywego? No chyba, że lunatykujesz.
- Mógłbym cię spytać o to samo – stwierdził.
- Nie mogłam spać.
- Nie mogłem spać – padło jednocześnie.
- Mam deja vu – westchnęłam, przypominając sobie naszą wymianę zdań przed weselem Andy’ego i Mary.
   Louis wzruszył jedynie ramionami. Nie widząc potrzeby rozwijania naszej interesującej konwersacji, wyminęłam go, idąc w stronę salonu. Zrobił to samo i usiadł na kanapie, szukając pilota wokół siebie. Przewróciłam oczami, widząc, że ma go obok prawej ręki.
- Po prawej, pacanie – westchnęłam.
- O, dzięki – ucieszył się, chwytając go w dłoń i włączył telewizor. Na Animal Planet. Program o bawołach. Okej.
   Przerzuciłam przez głowę moją słit piżamkę i chwyciłam niebieską koszulę. Włożyłam ją na siebie i zajęłam się zapinaniem guzików od dołu. Przy okazji zauważyłam, że Louis cały czas mi się przygląda. Uśmiechnęłam się pod nosem. Myślał, że nie widzę. Nie jestem aż taka ślepa, jak on myśli, że jestem.
- Zostaw ten ostatni guzik. Rozpięty wygląda lepiej.
   Popatrzyłam na niego z rozbawieniem, specjalnie dopinając koszulę pod samą szyję.
- Ups, za późno – niewinnie wzruszyłam ramionami. – Jeśli ci tak na tym zależy, to sam mi go rozepnij – uśmiechnęłam się zadziornie w jego stronę.
   Czułam narastającą panikę, kiedy leniwie podniósł się z miejsca i wolno ruszył w moją stronę. Jeden jego krok w przód równał z się z moim w tył. Zaklęłam cicho, kiedy plecami dotknęłam zimnej ściany. To się nazywa pułapka.
   Louis znalazł się już na tyle blisko, że mogłam dotknąć jego umięśnionego torsu bez zbędnego nadwyrężania ręki. Nie skorzystałam jednak z tej ekstra okazji. Stałam po prostu jak słup soli, uporczywie wgapiając się w jego piękne oczy, jednocześnie próbując odnaleźć w nich plan jego dalszego działania. Na próżno, niestety.
   Delikatnie pochylił się w moją stronę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Niespiesznie ujął najwyższy z guzików mojej koszuli w dwa palce, by po chwili subtelnie go rozpiąć. Gwałtownie wstrzymałam powietrze, kiedy opuszkiem kciuka przejechał po skórze mojego obojczyka. Powoli przysunął swoją twarz do mojej, by prawie niewyczuwalnie dotknąć ustami mojego policzka. Parę sekund później pochylił się jeszcze niżej, zatrzymując wzrok na mojej szyi. Ostrożnie musnął ciepłymi wargami jej skórę i spojrzał mi w oczy, oczekując… dokładnie nie wiem czego. Prawdopodobnie pozwolenia na dalsze działanie lub odrzucenia. Jakiejkolwiek reakcji. Której się nie doczekał, gdyż zwyczajnie nie mogłam się ruszyć. Jak sparaliżowana śledziłam każdy jego gest.
   Ponownie dotknął ustami mojej szyi. Tym razem pewniej, aczkolwiek nie brutalnie. Składał mokre pocałunki wzdłuż linii mojej szczęki i na całej powierzchni szyi. Nie odsunęłam się (zresztą i tak nie miałabym jak). Skłamałabym mówiąc, że to nie było przyjemne. Bo było. Chłopak, a dokładniej jego działania wobec mnie, doprowadzały mnie do szaleństwa i chociaż wcale nie chciałam tak reagować, nie miałam wyboru.
   Nawet nie zdążyłam w spokoju przetrawić jego aktualnych ruchów, kiedy podniósł głowę i przycisnął swoje malinowe wargi do moich. Podejrzewam, że zrobił to między innymi dlatego, żeby odwrócić moją uwagę od jego palców, sprawnie odpinających kolejny z guzików koszuli, w którą byłam ubrana. Zdecydowanie mu się udało. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zatraciłam się w tym pocałunku aż za bardzo. W sumie on chyba też, ze względu na to, z jakim zaangażowaniem pieścił moje podniebienie koniuszkiem języka.
   To było… kurcze, cholernie niepoprawne, niedozwolone, niewłaściwe i totalnie niepasujące do naszej zawiłej relacji. Ale też kurewsko przyjemne i chyba to właśnie górowało nad wszystkim innym. No bo ja nawet nie wiedziałam, jak go nazwać. Kumplem, kolegą, przyjacielem, wrogiem? Kochankiem?
   Całkiem nieświadomie odnalazłam dłońmi jego kark, by po chwili wpleść palce w jego brązową czuprynę. Wyłapałam lekki uśmiech, którym obdarzył mnie pomiędzy pocałunkami. Kilka minut potem oderwał swoje usta od moich, żeby się nie zapowietrzyć. Ja też musiałam wziąć parę głębszych oddechów, bo miałam nieodparte wrażenie, że powietrze w pokoju zrobiło się dwa razy gęstsze niż zazwyczaj.
   Przyjemny prąd przeszedł przez moje ciało, kiedy nasze oczy się spotkały. Kolana ugięły mi się pod ciężarem przenikliwego spojrzenia lazurowych tęczówek. Zamrugałam kilkakrotnie, na co on uśmiechnął się zawadiacko i kolejny już  raz rozpoczął wędrówkę ustami po odkrytej skórze mojej szyi, tym razem również dekoltu, do którego wcześniej zyskał dostęp. Westchnęłam cicho, co oczywiście nie uszło jego uwadze, bo mocniej przycisnął mnie do siebie. Nie protestowałam. Było mi dobrze i miałam szczerą ochotę prosić, żeby ani na chwilę nie przestawał.
   Miałam wrażenie, że na przemian zmienia miejsca pocałunków, bo po… jakimś czasie znowu poczułam smak jego warg na swoich. I znowu się zatraciłam. Kompletnie.
- Awwwwwwww! – nagle usłyszeliśmy czyjś rozbawiony głos. Momentalnie odskoczyliśmy od siebie.
- Zaczynam was shippować. – ciągnął Styles, niezrażony naszymi morderczymi spojrzeniami. – Vouis… to brzmi fajnie, co nie? – wyszczerzył się. –  Ja wam mówię, będzie z was kiedyś para idealna. Pasujecie do siebie jak kibel i Domestos! – zawołał entuzjastycznie. Louis przejechał sobie ręką po twarzy.
- Kibel? I Domestos? Serio? – spojrzał na kudłatego jak na idiotę.
- A czemu nie? To przecież świetne porównanie jest – Harry wzruszył ramionami. W czasie ich krótkiej konwersacji zdążyłam pozapinać guziki mojej koszuli. Podeszłam do loczka, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Lecz się Styles – rzekłam i skierowałam się w stronę drzwi. Odprowadził mnie jego szaleńczy rechot. To je Harold, tego nie ogarniesz…
- Dzieciaczki! – wesoły głos pani Rosalii rozniósł się po kuchni.
- Jesteśmy dorośli – burknęła Becky.
- Tak, i ty masz w tym momencie najwięcej do powiedzenia – prychnęła kobieta, kładąc swoją torbę na podłodze. Usiadła na krześle i wlepiła w nas swój wzrok. – Masz osiemnaście lat, a wzrostem przypominasz krasnala ogrodowego – dodała, spoglądając na zirytowaną brunetkę. Wszyscy parsknęliśmy śmiechem.
- Nieprawda – mruknęła Gomez, a jej policzki przybrały kolor dojrzałego pomidora.
- Tak, wmawiaj sobie – pani Rosalia zachichotała cicho. – A wracając do tematu dzieciaczków…
- …dorosłych ludzi…
- …z nikłym wzrostem… zapomniałam zrobić zakupy, jak wracałam z Oxfordu. Dziwne, co nie? Najwidoczniej skleroza mnie dopada na starość… no, w każdym razie nie chce mi się już jechać do sklepu i tak sobie pomyślałam, że ktoś z was by mógł to zrobić za mnie. Są chętni? – przeleciała wzorkiem po zgromadzonych.
- Ja mogę jechać – odezwałem się, dopijając swoją herbatę.
- Ostatecznie ja też, chociaż powinnam być wredna i się obrazić za tego krasnala – Becky podniosła się z miejsca i podsunęła za sobą krzesło.
 - Jakaś ty łaskawa – stwierdziła pani Spencer, przewracając oczami. Fajna kobieta.
- To gdzie jedziemy? Prowadź – powiedziałem, kiedy wraz z Becky wsiedliśmy do furgonetki.
- Do sklepu – zachichotała, zapinając pas. Zrobiłem to samo i odpaliłem auto. – Jedź cały czas prosto, potem przy skrzyżowaniu skręć w lewo , potem w prawo, prosto, w prawo i jest sklep.
- Jeszcze raz, trzy razy wolniej…
- Oj jedź, wyjdzie po drodze – machnęła ręką.
   Ja i Harry siedzieliśmy rozwaleni na kanapie i rzucaliśmy się piłeczką kauczukową. Nie próbujcie tego w domu, dwa razy dostałem w nos i nie polecam. Oczywiście mu oddałem, tylko trochę mocniej, wnioskując po pięknej, fioletowej obwódce wokół jego lewego oka. Swoją drogą, nawet mu pasuje. Fiolet całkiem nieźle prezentuje się z zielenią.
- Cooooooo robimyyyyy – jęknął, przykładając sobie masło do opuchlizny. Wzruszyłem ramionami. – Na dzisiaj mam dosyć wszelakich piłek, karty gdzieś zgubiłem, a pilot jest za daleko…
- Racja – mruknąłem, przybierając myślący wyraz twarzy. – Możemy trochę poplotkować. – stwierdziłem po chwili, szczerząc się do niego zachęcająco. – Co ty na to, Harriet?
- Spoko Lia, nawet mam parę gorących newsów – loczek podniósł się do pozycji bardziej siedzącej, niż wcześniej i przysunął się bliżej mnie, ręką dając znak, żebym zrobił to samo. Nadstawiłem ucho zaciekawiony. – Romansik Vouisa się rozwija – zachichotał wesoło.
- Kogo? – zdziwiłem się.
- Vouisa. Louisa i Vanilli, geniuszu. Dzisiaj rano się całowali! – zatarł ręce uśmiechając się szeroko. – A co najlepsze, nie byli ani na haju, ani pijani! Chyba – dodał po chwili, trochę ciszej. Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
- No to fajnie – podsumowałem. – Pasują do siebie.
- Dokładnie! Od dzisiaj jestem Vouis Shipper – zachichotał.
- Co wam tak wesoło? – do salonu wszedł Niall i usiadł pomiędzy nami.
- Bo my jesteśmy dzieci szczęścia – wyjaśnił Harry.
- Payne, Vanilla jest w polu i ciocia Rosalia kazała nam do niej pojechać i jej pomóc – Horan zwrócił się do mnie.
- Co będziemy robić? – zapytałem.
- Rwać maliny. Ciocia powiedziała, żebyśmy wzięli wózek z komórki, ze cztery łubianki i dwa paski. I mamy się ubrać w koszule z długim rękawem, bo podobno maliny strasznie drapią.
- Okej, to idziemy się przebrać i po wózek – zarządziłem. – Harry, jedziesz z nami?
- Nie chce mi się – ziewnął. – A poza tym nie mam zamiaru trzymać tego masła przez całą drogę…
- Szybciej, szybciej! – darłem się jak szalony do zmordowanego Liama, który ciągnął wózek z łubiankami i mną.
- Weź ty się już zamknij – mruknął zirytowany. – Chciałeś jechać na wózku to siedź cicho.
- No dobra już, dobra… bez bulwersu, mój drogi – wyszczerzyłem się.
   Nie wiem, skąd u mnie tak radosny nastrój. Może to dlatego, że ciocia Rosalia upiekła szarlotkę i ja jako pierwszy spróbowałem tych pyszności? Pewnie tak. Zdecydowanie szarlotka to to, co Horany lubią najbardziej.
   Payne produkował się przede mną, ciągnąc ten nieszczęsny (dla niego) wózek, a ja siedziałem sobie z bananem na twarzy i podziwiałem wiejskie krajobrazy. Wiadomo, zboże, chwasty i takie tam. Pogoda była bardzo ładna, nawet za bardzo, więc dosłownie kisiłem się w tej głupiej koszuli. Co jak co, ale noszenie długiego rękawa, gdy na dworze jest powyżej trzydziestu stopni nie jest najprzyjemniejszą rzeczą na świecie.
   W oddali zobaczyłem trzy rządki czegoś zielono – różowego, prawdopodobnie malin, traktor i usłyszałem warkot jakiegoś urządzenia. Gdy podjechaliśmy bliżej, okazało się, że Vanly kosi trawę pomiędzy krzakami. Trawa latała na wszystkie strony, więc dziewczyna prezentowała się iście zielono.
- Jesteśmy. Wysiadka, Niall. – zakomunikował Liam. Posłusznie zbliżyłem się do tylnej krawędzi wózka.
- Nie tą stro…
   Nie zdążył dokończyć, bo pod wpływem mojego ciężaru wózek dachował, a ja razem z nim. Nie dość, że zostałem przygnieciony przez łubianki, to jeszcze zarobiłem w łeb paskiem.
- Ałć? – jedno oko Liama pojawiło się w szparze między trawą a wózkiem.
- No ałć! – fuknąłem, pocierając bolącą głowę ręką. – Może byś zdjął ze mnie to cholerstwo?
   Payne uwolnił mnie z objęć wózka i łubianek, a ja stanąłem na własnych nogach, posyłając nienawistne spojrzenie temu podłemu urządzeniu. Liam parsknął śmiechem.
- Czekamy, aż Vanilla wykosi ten rząd, czy idziemy rwać? – spytał.
- Czekamy. Muszę ochłonąć po tym traumatycznym przeżyciu.
- Jasna cholera, Becky! Zabiję cię – jęknąłem.
- Czyli teraz to wszystko moja wina? – spojrzała na mnie oskarżycielsko. – Było tyle miejsc parkingowych Malik, ale ty musiałeś oczywiście stanąć obok tego słupa! Skąd miałam wiedzieć, że tam jest butelka?
- Mogłaś się domyślić – burknąłem. Zatrzymałem się w pół kroku i opadłem na żużel, ciężko dysząc. – Nie damy rady! – krzyknąłem z rozpaczą.
- Wiem, że nie damy! Mogłeś wziąć telefon ze sobą – stwierdziła. – Zadzwonilibyśmy po Vanillę, przyjechałaby traktorem i po sprawie. Ale nie, jak trzeba to ty nigdy nic nie masz przy sobie! Portfela nie, telefonu nie, sprawdź, czy mózg wziąłeś!
- Spadaj, Gomez – fuknąłem. – Ty też mogłaś coś wziąć.
- Dobra, nie kłóćmy się – westchnęła głośno. – Podsumujmy wszystko: pojechaliśmy do sklepu, na parkingu okazało się, że żadne z nas nie wzięło ze sobą kasy, chcieliśmy wyjechać, ale najechaliśmy na stłuczoną butelkę i przebiliśmy przednią oponę, przy okazji jeszcze zaliczając zderzakiem słupa. Nie mamy telefonów, a sami nie dopchamy tego rzęcha do domu. Czyli mamy problem, ale za Chiny nie wiemy jak go rozwiązać.
   Przytaknąłem zrezygnowany, wycierając pot z czoła. To się nazywa talent, wpakować się w takie gówno. Postanowiłem włączyć  intensywne myślenie i znaleźć jakieś wyjście z tej beznadziejnej sytuacji. Możemy poczekać tu do wieczora, prędzej czy później zorientują się, że nas nie ma… Albo…
- WIEM! – krzyknąłem nagle, sprawiając, że Becky podskoczyła w miejscu przestraszona. – Pobiegniesz do domu po pomoc, a ja tu zostanę z samochodem. Co ty na ten projekt?
- Dlaczego ja mam się męczyć tyle kilosów? Jestem dziewczyną!
- Jeden kilometr, wielkie mi halo – przewróciłem oczami. – Idź, nie marudź.
- Nie lubię cię Malik – mruknęła na odchodne, pokazując mi język.
- I vice versa Gomez! – posłałem jej promienny uśmiech. No to teraz trzeba czekać…

***
zabijcie mnie śmiało. za to, że kazałam wam tyle czekać na TO COŚ.
załamka totalna. z Vouisem męczyłam się straszliwie, bo chociaż dokładnie wiedziałam, co mam napisać, nie potrafiłam ubrać tego w słowa. pomysły na golasa latały xd
ale wreszcie jest, dupny ale jest.
komentujcie, wbijajcie, pytajcie w zakładce pytania, do wyboru do koloru.
no nic, zostawiam was z tym czymś.
do zobaczenia przy następnym!
kocham was xx
całuski <13
muminek.

sobota, 10 sierpnia 2013

12. “Jesteś durniem. Przystojnym durniem, ale udaj, że tego nie słyszałeś”



- Tomlinson, weź stąd tego debila, bo albo zaraz mnie coś trafi, albo ja jego trafię – porządnie zirytowana Vanilla wyłoniła się z kuchni, ciągnąc za sobą Nialla i popchnęła go w naszą stronę, co spotkało się z cichym chichotem Hazzy. Który umilkł od razu, napotykając śmiercionośne spojrzenie blondynki, kierowane bezpośrednio do niego.
- No ale co on ci takiego zrobił? – spytał Styles z oburzeniem.
- No właśnie, co ja ci takiego zrobiłem? – podchwycił Horan.
- Żyjesz. Oddychasz. Stąpasz po tym globie. Wystarczy? – odezwała się, po czym odwróciła się na pięcie i żwawo wkroczyła do kuchni, przy okazji zamykając za sobą drzwi.
   Pokręciłem głową z rozbawieniem. Uwielbiam patrzeć, jak Vani się wkurza. To bardzo śmiesznie wygląda, naprawdę. Kiedyś nagram sobie wściekłą Spencerównę i będę puszczać na poprawę humoru.
   Co jakiś czas z góry dobiegały nas wesołe okrzyki zwycięstwa i jęki zawodu. Liam, Taylor i Zayn grali w Eurobusiness już prawie godzinę. Oznajmili tylko, że mamy ich wołać na obiad i zaszyli się w naszym pokoju, czasami upewniając nas, że żyją wrzaskami typu „Ja chciałem Mediolan, pacanie!”, „Kupuję!” albo „Nie zapłaciłaś za przejście przez Rzym! Dawaj kasę!”. Zastanawiałem się, kiedy im się to znudzi. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś był tak zaabsorbowany tą brutalną grą. Przynajmniej mają dzieci zajęcie. Lepsze od mojego.
   Nawet Taylor było słychać. Stwierdziła, że coś jej się odblokowało w gardle po tej magicznej herbatce od Vanilli i teraz już mówi jak człowiek. To znaczy nie do końca jak człowiek – jak Harry. Dzięki tej chrypie może dosyć wiarygodnie podrobić jego głos. Jestem ciekawy, jak brzmiałoby jej wykonanie solówki Hazzy w Little Things.
   A Becky? Becky zmyła się od razu po śniadaniu i już nie wróciła. Podejrzewam, że poszła poumierać sobie w samotności. Dam głowę, że ma niezłego kaca. Ale w sumie to miała lepiej, niż my. Skubana przespała calutką noc! To dziwne, że nie obudziły jej nasze wrzaski.
- Obiad! – ryknęła Vanilla, wychylając głowę zza framugi drzwi. – Zawołajcie tych trzech hazardzistów.
- Harry, słyszałeś? Zawołaj ich – machnąłem ręką na loczka.
- Dlaczego ja? – fuknął.
- Bo trudne sprawy. No rusz się – zepchnąłem go z fotela. Po chwili sam wstałem, z zamiarem wejścia do kuchni. Właściwie, to miałem bardziej po drodze niż Styles, ale po co mam się przemęczać wchodzeniem na górę, skoro mogę wykorzystać jego?
- Kucharz ze mnie żaden, ale tak czy owak musicie to zjeść, niestety – Vani postawiła na stole siedem talerzów z obiadem. Usiadłem na pierwszym lepszym miejscu i wepchnąłem sobie do buzi kawał kotleta.
  
- Becky nie przyszła na obiad. To zły znak – odezwała się Vanly, popijając herbatę owocową z niebieskiego kubka.
- Porwali ją! – Tay wytrzeszczyła oczy niczym nieboszczyk z horroru, na co Liam parsknął śmiechem.
- Pewnie UFO – Zayn wzruszył ramionami.
- Tak pewnie tak… dobra, ja idę do warsztatu, muszę koryto dla świń naprawić – Vanilla podniosła się z miejsca.
- My idziemy grać w nogę – Liam, Niall, Harry i Zayn równiutko wstali z krzeseł.
- Idziesz z nami, Lou? – spytał Hazza.
- Nie chce mi się – westchnąłem.
   Oparłem się o oparcie krzesła. To znaczy, miałem taki zamiar. Bo dopiero, kiedy runąłem jak długi na podłogę, zdałem sobie sprawę z tego, że siedzę na taborecie, a nie na krześle. Jęknąłem głośno, za to Spencer i Swift rozrechotały się jak dwie idiotki.
- To było dobre – Vanilla zaśmiała się pod nosem, podchodząc do mnie. Nachyliła się i wyciągnęła w moją stronę rękę, którą szybko chwyciłem. – Szkoda, że tego nie nagrałyśmy – westchnęła ze smutkiem, kiedy już stałem na własnych nogach. Pokazałem jej język. – Wiem, że mnie nie lubisz, ja ciebie też – machnęła ręką, posyłając mi rozbawione spojrzenie i wyszła z kuchni. Przeniosłem wzrok na Taylor, dalej siedzącą przy stole.
- Zrób tak jeszcze raz. Muszę mieć to na filmie – zachichotała.
- Może jeszcze frytki do tego – prychnąłem. – Sama se tak rób.
- Nie chcę się zbytnio uszkodzić, a poza tym jestem pewna, że ty robisz to lepiej – puściła mi oczko i wstała z krzesła. – Idę do Becky. Muszę zobaczyć, co z nią tym razem nie tak.
   Chyba nie wspominałem, że Tay i Becky jeszcze nie wiedzą nic o nocnym zajściu. Jeszcze, bo jak znam życie ktoś im to wypapla. Ale to już nie moja sprawa.
   Pożegnałem się z blondynką i podreptałem do salonu. Rozwaliłem się na kanapie i włączyłem telewizor na pierwszym lepszym kanale. Akurat leciała pogoda. Zapowiadali na jutro trzydzieści cztery stopnie. Niefajnie. Vanilla będzie jęczeć, że za gorąco.
   Podłożyłem poduszkę pod głowę i tak sobie pomyślałem, że można by było się kimnąć. Drzemka po obiedzie zawsze spoko. Zamknąłem więc oczy, mając nadzieję, że sen przyjdzie w miarę szybko.
   Byłem już na dosłownym pograniczu snu, gdy głośny wrzask Vani wytrącił mnie z równowagi. Podskoczyłem na kanapie, rozglądając się na wszystkie strony.
- CHOLERAAAA – zawyła. Po chwili jej sylwetka ukazała się w drzwiach od piwnicy. Dopiero po chwili zakumałem, że trzyma kciuka w buzi.
- Co ci się stało? - posłałem jej pytające spojrzenie.
- Przycięłam sobie palec imadłem – wzruszyła ramionami. Westchnąłem głośno, zmierzając ku niej. Delikatnie złapałem ją za nadgarstek.
- Pokaż – posłusznie zademonstrowała mi poszkodowanego palca. Nie wyglądało to najlepiej. Rana czerwieniła się coraz bardziej, a miejsce wokół niej siniało. – Trzeba to podłożyć pod zimną wodę – stwierdziłem, ciągnąc ją w stronę kuchni. Widziałem, jak przewróciła oczami.
   Podeszliśmy do zlewu. Odkręciłem kran i włożyłem jej palec pod strumień zimnej wody. Skrzywiła się.
- Piecze – mruknęła.
- Zaraz przestanie. Ty tu stój, a ja idę po plaster, okej? – pokiwała głową, a ja udałem się do przedpokoju. Otworzyłem szafkę w której – jak zdążyłem zauważyć – była apteczka i wyjąłem z niej jakiś mały plasterek.
- Louis, patrz, co mi się zrobiło – Vanilla parsknęła  wesołym śmiechem, wskazując na swój palec. Powstała na nim jakaś dziwna, sina gulka. Zmarszczyłem brwi.
- Boli? – delikatnie dotknąłem ranki.
- Yhym.
   Kiwnąłem głową ze zrozumieniem. Rozpakowałem plaster i nakleiłem go na jej palca. Przy okazji mogłem bezkarnie zbadać strukturę jej skóry. Była bardzo miękka i ciepła. Kiedy przejechałem kciukiem po zewnętrznej stronie jej dłoni, zadrżała nieznacznie. Uśmiechnąłem się, podnosząc wzrok. Nasze spojrzenia się spotkały. Wpatrywałem się w jej oczy długą chwilę. Dopiero teraz zauważyłem, jakie są piękne. Tomlinson – geniusz. Dziewczyna pierwsza przerwała nasz kontakt wzrokowy. Spuściła głowę, kręcąc nią z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
- Dlaczego nigdy nie zwracasz się do mnie Lou? – spytałem nagle, przerywając ciszę panującą między nami.
- Ponieważ Lou brzmi słodko, a ja cię nie lubię, bo jesteś durniem. Przystojnym durniem, ale udaj, że tego nie słyszałeś – dodała, kolejny już raz unikając mojego wzroku. Zauważyłem, że jej policzki pokryły się różem. Uśmiechnąłem się sam do siebie, przybliżając swoją twarz do jej.
- Uwielbiam, kiedy się rumienisz – wymruczałem, obserwując jej reakcję.
- Spieprzaj – zaśmiała się, odpychając mnie od siebie.
  
- Spencer, musimy pogadać – Becky wparowała do obory, odciągając mnie od dojenia krowy.
- Co tym razem? – westchnęłam, obracając się razem z krzesłem w jej stronę.
- Ale nie tutaj – pociągnęła mnie za rękę  w stronę wyjścia ze stodoły. Przewróciłam oczami, dając się prowadzić.
- Dobra, gadaj co chcesz bo czasu nie mam – założyłam ręce na piersiach i spojrzałam na nią wyczekująco, kiedy przekroczyłyśmy próg salonu. Oczywiście zamknęła za nami drzwi i kazała mi usiąść na fotelu. Jakbym nie mogła postać.
- Tak na wstępie ci powiem…
   Przechodziłem właśnie korytarzem, z zamiarem udania się do kibla. Zauważyłem jednak, że drzwi do salonu są zamknięte, a one nigdy zamknięte nie są. Podszedłem bliżej. Uchyliłem je delikatnie i zajrzałem przez szparkę do środka. Sikanie poczeka, tu jest coś ważniejszego.
   Zobaczyłem tam Becky, stojącą obok telewizora i Vanillę siedzącą na fotelu, wpatrującą się w nią znudzonym i zniecierpliwionym wzrokiem.
- Tak na wstępie ci powiem, że ja wczoraj byłam zalana w trupa i kompletnie nic nie pamiętam i ja, to znaczy my naprawdę nie chcieliśmy i to wyszło tak samo, chociaż ja nic nie wiedziałam, tylko on mi powiedział…
- Gomez, powoli. Kto ci co powiedział? – blondynka przerwała jej nieskładny monolog.
- Liam mi powiedział… - Becky odetchnęła głęboko.
- Ale co, do jasnej cholery?
- Że z nim spałam.
- A myś… CZEKAJ, CO? – urwałam w pół słowa, kiedy dotarł do mnie sens jej wypowiedzi.
- To co słyszałaś – mruknęła z zażenowaniem. Zamrugałam parokrotnie powiekami, wgapiając się w nią jak w ufoludka. Ocucił mnie głośny huk gdzieś przy drzwiach. Dostrzegłyśmy Tomlinsona leżącego na progu z nieodgadnioną miną.
- Ale żeś się wyglebił – stwierdziłam, przywracając u siebie zdolność do logicznego myślenia. Rzucił mi dziwne spojrzenie i po raz kolejny przeniósł zszokowany wzrok na brunetkę. Zresztą, zrobiłam to samo.
- Słyszałeś? – spytała zrezygnowana. Nie musiał odpowiadać. Jego wyraz twarzy wyrażał więcej niż tysiąc słów.
- Jak to się stało?
- Wiesz co, Tomlinson… lepszego pytania to ty nie mogłeś zadać – prychnęłam. Becky wzięła głęboki oddech.
- No bo… - urwała na chwilę. – Ale nie powiecie nikomu, prawda? Zwłaszcza Niallowi… - kiwnęliśmy głowami, posyłając sobie przy okazji znaczące spojrzenie. Niallowi… - On powiedział, że jak obudził się w nocy, żeby pójść tam do was, do kuchni, to zobaczył, że my… no wiecie. Uprzedzając wasze pytanie, gadałam z nim rano. I mówił mi o tym, co zdarzyło się w nocy…
- Co zamierzacie z tym zrobić? – zignorowałam ostatnie zdanie, jako że ten temat był dla mnie nieco drażliwy.
- Zapomnieć – wzruszyła ramionami. – Byliśmy pijani, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co robimy. Nic do siebie nie czujemy, więc…
- W sumie racja – Louis pokiwał głową.
- I jeszcze jedno – spojrzałam na Becky groźnie. – Dlaczego, do cholery, wczoraj tak robiłaś na złość Niallowi? Facet się w tobie zabujał, a ty bezczelnie (tak, żeby widział, robiłaś to specjalnie!) flirtujesz z jego przyjacielem. A na dodatek, przez ciebie i te twoje chore wymysły, Horan mnie pocałował, żeby dać upust swojej zazdrości, a widząc to, Tomlinson mnie pocałował, bo najwidoczniej jest o mnie zazdrosny – widząc, jak Louis robi się czerwony, uśmiechnęłam się pod nosem. – I ja ci to teraz mówię, przy świadku – wskazałam ręką na szatyna – nie zgadzam się nigdy więcej na żadne, głupawe trójkąciki, do których zostaję bez mojej wiedzy i chęci wplą… wplątyw… wpląt… oj wplątywywana, wiecie o co mi chodzi!
- Wplątana, chciałaś powiedzieć? – zaśmiał się Lou.
- Bardziej pasuje wplątywywana – stwierdziłam.
- Czyje sto? – spytałem.
- Louisa, bo ja mam musek – odparł Niall, zaglądając w karty Tomlinsona.
- Ja daję dychę – odezwał się Liam.
- Dam dwie – mruknąłem po chwili namysłu.
- To idź – Nialler odkrył musek, a ja jęknąłem cicho.
- Cholera… - westchnąłem, zabierając karty. – Horan, myślisz, że ugram?
- Idź sto trzydzieści – usłyszałem głos Vanilli nad sobą. – Najpierw schodź z tego, potem melduj i resztę już po kolei – poinstruowała mnie, wskazując na odpowiednie karty.
- Dzięki – uśmiechnąłem się od niej, rzucając pierwszą kartę na stół.
- To nie fair – oburzył się Liam. – Ja też chcę, żeby Vanly mi pomagała!
- Jak wrócę z kościoła, to zagramy – puściła mu oczko. – Idę na osiemnastą na mszę, zaraz będę się zbierać…
- Jest Taylor? – do kuchni wpadł Harry. – Chciałem zagrać w nogę.
- Idź po nią – poradziła mu blondynka. Styles odwrócił się na pięcie. Już miał z powrotem przekroczyć próg, kiedy w drzwiach pojawił się… pan Spencer. Vanilla od razu pokierowała się do wyjścia. Louis poderwał się z krzesła i stanowczo złapał ją za ramiona, usadawiając na krześle obok siebie.
- Mógłbym… mógłbym zająć wam chwilę? – spytał niepewnie pan Albert. Ja i Liam pośpiesznie pokiwaliśmy głowami. – Ja chciałem… was przeprosić. Za to w nocy. Byłem pijany, nie wiedziałem, co robię… jest mi straszliwie wstyd… naprawdę żałuję i… jeśli miałbym już nigdy więcej nie pić alkoholu, żeby to się nie powtórzyło, zrobię to.
- W porządku, proszę pana – Louis posłał mu ciepły uśmiech. Wszyscy zgodnie pokiwaliśmy głowami, powtarzając jego gest. Teraz każdy czekał na reakcję Vanly. Jej oczy zaczęły niebezpiecznie błyszczeć. Podniosła się z miejsca i podeszła do ojca, wtulając się w jego ramiona. Pan Spencer odwzajemnił jej gest.
- Po prostu obiecaj, że nigdy więcej czegoś takiego nie zrobisz. Nigdy więcej – wyszeptała, mocno zaciskając powieki.
- Obiecuję, kochanie. Nigdy więcej. 
***
ooo Boże. zawaliłam po całości.
ostatnio to mi wychodzą takie dupne rozdziały. może to przez ten upał... 
w każdym razie wgl mi sie nie podoba. opisy wychodzą mi coraz gorzej.
ale zwolennicy Vouisa mogą się cieszyć, bo w tym rozdziale trochę go jest. i zdradzę Wam, że w przyszłym też będzie :>
ale dobra, koniec przynudzania.
a więc wielkie DZIĘKUJĘ za.... *werbel* PONAD 3900 WYŚWIETLEŃ! WOW! 
JESTEŚCIE PER - FECT! <13
dziękuję za te komentarze pod ostatnim rozdziałem <13
i czekam na szczere opinie o tym rozdziale! :)
no i tu się z Wami żegnam, pyszczki. miłego upału ^^
do następnego, kocham was xo
całuskii <13
muminek.

PS. ZACHĘCAM DO ODWIEDZENIA ZAKŁADKI PYTANIA, GDZIE MOŻECIE ZADAĆ JAKIEŚ NURTUJĄCE WAS PYTANIE MNIE LUB KTÓREMUŚ Z BOHATERÓW :)

sobota, 27 lipca 2013

11. “ To był pomysł Jasia Fasoli! (…) My go tylko wykorzystaliśmy!”



 Ten rozdział dedykuję Karolinie S (ja wiem, że to czytasz i wiem, że wiesz że mówię o tobie) bo to dzięki niej udało mi sie jakoś przebrnąć przez początek rozdziału :) no i nie fochaj się już...
***

   Delikatnie poprawiłam na głowie moją super słitaśną czapeczkę ze starej gazety. No dobra, sądząc po tym, że zwinęłam ją mamie sprzed nosa, wcale nie była taka stara, ale to szczegół. Poza tym, zrobiłam to tylko po to, żeby nie upaćkać sobie włosów białą farbą. Wyglądałabym wtedy jak jakiś grzyb spod płotu, czyli – krótko mówiąc – nieestetycznie.
   Wesoło podumdywałam sobie pod nosem, co raz maczając mój wałek w białej farbie. Na zmianę wchodziłam i schodziłam z drabiny, przesuwałam ją w bok, oglądałam efekty mojej pracy. Zachowywałam przy tym szczególną ostrożność, zważając na to, że nie tak łatwo jest odeprać białą farbę z jeansowych spodni. W sumie i tak nie prezentowałam się jak top modelka, co nie zmienia faktu, że jedne portki w te czy we w te robią jednak trochę różnicy. Poza tym pogoda postanowiła zrobić nam na złość i zamiast słońca, niebo spowite zostało chmurami. Miałam wielkie szczęście, że nie padało. Inaczej szlag by trafił całą robotę.
  Mój nadzwyczaj dobry humor był bardzo podejrzany. Co jak co, ale ja i szalenie radosne usposobienie do życia nie często występowałyśmy na jednej scenie. Mogłam jedynie snuć podejrzenia co do powodu owego nastroju. Najprawdopodobniej spowodowany był moimi rannymi  sprzeczkami z Tomlinsonem. Uwielbiam patrzeć, jak ten gość się wkurza. To strasznie zabawne. Dlatego przy śniadaniu cały czas dawałam mu w kość. Obserwowanie jego reakcji – bezcenne.
   Zeskoczyłam z ostatniego szczebla drabiny, by po chwili przesunąć ją bardziej w lewo. Pomalowałam już prawie całą frontową ścianę domu. Zadowolona zanurzyłam wałek w wiaderku z farbą i przejechałam nim po powierzchni ściany. Ponownie rozpoczęłam moje wesołe dumdanie.
- Dum, dum, dum, dum…
- Hejka – niewiadomo skąd, tuż obok mnie zmaterializował się Harry. – Co tam dumdasz?
- A nic, tak se dumdam* – wzruszyłam ramionami. – Suń dupę – postawiłam kubeł farby jeszcze trochę bardziej po lewej, to samo zrobiłam z drabiną.
   Harry przybrał myślący wyraz twarzy i aż przerażała mnie wizja jego kolejnego podejrzanie niewinnego pomysłu. Nie myliłam się, rzecz jasna.
- Mogę ci pomóc? – spojrzał na mnie najsłodszym wzrokiem, jaki tylko mógł z siebie wykrzesać. Pokręciłam głową z miną męczennika.
- Musisz? – jęknęłam.
- Tak – wyszczerzył się, energicznie ruszając głową.
- Dobra, wiem, że nie odpuścisz – westchnęłam głośno. – Pomalujesz tamtą ścianę – wskazałam palcem na tą od strony ogrodu. – Idź do komórki, tam po prawej stronie drzwi będzie regał. Stoją na nim puszki z farbami. A teraz dokładnie słuchaj, co ci powiem, bo jak pomylisz puszki to cię chyba zabiję – przybliżył się od mnie, przybierając skupiony wyraz twarzy. – Trzecia półka od dołu, czwarta puszka od prawej. Czaisz?
- Czwarta półka od dołu, trzecia puszka od prawej?
   Przejechałam sobie ręką po twarzy.
- Odwrotnie, baranie. Trzecia półka od dołu, czwarta puszka od prawej. Rozumiesz? Trzecia półka od dołu, czwarta puszka od prawej.
- Trzecia półka od dołu, czwarta puszka od prawej. Dobra. A pędzle?
- Na przeciwległej ścianie wisi szafka. Otwierasz. Po lewej stoi karnister z paliwem do kosiarki, obok żyłki do kosy. Z drugiej strony masz trzy pędzle. Duży, mniejszy i taki malutki. Weź ten duży, najlepiej ci będzie nim malować.
- Szafka, duży pędzel. Chyba zapamiętałem – mruknął.
- Chyba? – uniosłam brwi.
- No pamiętam, pamiętam. Mogę już iść?
- Tak – machnęłam ręką i ponownie weszłam na drabinę, bo kontynuować malowanie.
  
   Trzecia półka od dołu, czwarta puszka od prawej. Szafka, duży pędzel. Trzecia półka od dołu, czwarta puszka od prawej. Szafka, duży pędzel. Trzecia półka od dołu, czwarta puszka od prawej. Szafka, duży pędzel. powtarzałem to w myślach jak mantrę, żeby niczego przypadkiem nie pomylić. Szybkim krokiem przemierzałem podwórko, coraz bardziej zbliżając się do niewielkiej szopy, tuż obok obory. Gdy dotarłem pod same drzwi, zorientowałem się, że są zamknięte. Na kłódkę.
- Harry! – jak widać, Vanilla też sobie o tym przypomniała. – Chodź no tutaj!
   Pobiegłem w jej stronę. Zeskoczyła z ostatniego szczebla drabiny i wyjęła z kieszeni spodni mały kluczyk.
- Jak wyjdziesz z komórki, zamknij kłódkę z powrotem, okej? – grzecznie pokiwałem głową.
   Kiedy ponownie znalazłem się przed drzwiami szopy, rozpocząłem zaciętą walkę z tą upartą kłódką, która za żadne skarby nie chciała dać się otworzyć. Wbijałem kluczyk w dziurkę jak najmocniej się dało i wywijałem ją we wszystkie strony, ale gdzie tam.
- Pomóc? – usłyszałem za sobą głos Liama. Przytaknąłem zrezygnowany.
   Payne wziął ode mnie kluczyk i jednym, zgrabnym ruchem otworzył kłódkę. A ja stałem tam, jak ostatni idiota z otwartą paszczą wgapiając się w niego. No bo jakim on kurde cudem to zrobił? Ja ze dwadzieścia minut stałem i się z tym mordowałem, a ten se tylko przyszedł, pyk i już!
   Liam zniknął za horyzontem, a ja, niczym ninja ze stukilową nadwagą wkroczyłem do środka szopy, robiąc przy tym mnóstwo hałasu i bałaganu. Przy okazji coś mi się zwaliło na łeb, prawdopodobnie było to pudełko ze śrubkami. Sęk w tym, że to cholerstwo było strasznie… sypkie, że tak się wyrażę, i w trakcie zaliczania bliskiego spotkania z moją biedną głową wszystkie śrubki jakimś magicznym sposobem znalazły ujście z zamkniętego pudełka i rozpierdzieliły się po całej szopie. Bardzo fajnie!
   Ogarnąłem jako – tako ten burdel i zająłem się szukaniem farby. Co też nie było najłatwiejszym zadaniem, bo wszystko mi się pomieszało. Sprawdzałem każdą puszkę po kolei. Najbardziej właściwa wydała mi się czwarta od prawej na najwyższej półce. Miałem nadzieję, że to ta. Mogłem sobie zapisać w notatkach w telefonie!
   Chwyciłem puszkę z farbą i odwróciłem się na pięcie tak, że stałem teraz twarzą w drzwiczki z szafką. Otworzyłem ją (tutaj na szczęście nie było żadnych kłódek!) i rozejrzałem się po wnętrzu. Tak, jak mówiła Vanilla, znalazłem w niej paliwo, jakieś żyłki i pędzle. Wziąłem ten największy i zatrzasnąłem drzwiczki, o mało nie przycinając sobie palca. Na szczęście zdążyłem zabrać rękę.
   Zadowolony wyszedłem z szopy. Dzięki Bogu, że z zamykaniem kłódki poszło mi lepiej, niż z otwieraniem. Dziarskim krokiem ruszyłem w stronę ściany, którą miałem pomalować. Postawiłem kubeł z farbą i otworzyłem go. Zdziwiło mnie trochę, że farba była wściekle różowa, ale Vanly kazała mi przecież wziąć tą puszkę, więc spierać się nie będę.
   Zmoczyłem pędzel w farbie i przejechałem nim po powierzchni ściany. Potem znowu, jeszcze raz i jeszcze. W którymś momencie usłyszałem ciche mlaskanie po mojej lewej. Odwróciłem głowę w tamtą stronę. Tak, jak się spodziewałem, był to Niall aktualnie pożerający kanapkę z szynką i z pomidorem.
- Smacznego – mruknąłem. Wyszczerzył się od mnie i kiwnął głową w geście podziękowania.
- Co robisz? – zainteresował się.
- Maluję, nie widać?
- Nie uważasz, że szybciej by było zrobić to sposobem Jasia Fasoli? – spytał, przyglądając się mojej pracy w skupieniu.
- To znaczy? – zerknąłem na niego pytająco.
- No nie mów mi, że nie oglądałeś tego odcinka, co malował pokój! – oburzył się.
- Oj wiesz jak ja tego dawno nie oglądałem? – żachnąłem się. – Mam prawo nie pamiętać, aczkolwiek coś mi świta…
- Co włożył do puszki z farbą jakiś dynamit czy coś i to tak ładnie wybuchło, że cały pokój sam się pomalował? Tylko wtedy tam ten taki gościu przylazł i został jego odcisk na drzwiach – Niall skrzywił się trochę.
- Do czego zmierzasz? – uśmiechnąłem się cwaniacko. Przecież Vanilla maluje po drugiej stronie domu, nic nie zauważy…
   Horan gestem ręki kazał mi się przybliżyć.
- Widziałem w szafce nad zlewem taką malutką petardę… - zaczął konspiracyjnym szeptem, dojadając swoją kanapkę. – Moglibyśmy ją sobie pożyczyć, no bo skoro tam leży, to znaczy, że raczej nie jest nikomu potrzebna…
- Kocham cię, Nialler – klepnąłem przyjaciela w ramię. – Szoruj po petardę…
  
- Naprawdę musisz już jechać? – spojrzałem smutno na moją dziewczynę. Smętnie kiwnęła głową.
- Jutro mamy występ w jakimś tam programie… - westchnęła cicho, przytulając się do mnie. Oplotłem ją ramionami w talii. I wcale nie uśmiechało mi się jej wypuszczać.
- Kocham cię, Zayn – Perrie posłała mi delikatny uśmiech.
- Ja ciebie też, skarbie – cmoknąłem ją w czoło. Niechętnie wydostała się z mojego uścisku i chwyciła w lewą dłoń swoją czerwoną walizkę.
- Niedługo się zobaczymy –puściła mi oczko i odwróciła się na pięcie, wolno podążając w stronę czarnego samochodu. Pomachałem jej na pożegnanie. Powtórzyła mój gest i zamknęły się za nią drzwi auta.
   Westchnąłem niesłyszalnie, kierując się w stronę prawej strony domu. Po drodze minąłem zwiewających Stylesa i Horana. Pokręciłem głową, stając przy ścianie. Oparłem się o nią plecami i wyciągnąłem z kieszeni jeansów telefon. Już tęsknię xx wystukałem na dotykowej klawiaturze i wysłałem wiadomość do Perrie. A potem to już tylko zamknąłem oczy, zbyt oszołomiony wybuchem, żeby uciekać.
  
- Wy to serio jesteście jacyś popierniczeni – warknęłam, trąc rękę Zayna pumeksem. – Można z wami dostać załamania nerwowego! Harry, ciesz się, że na razie jestem zajęta. Masz jeszcze kilka minut swojego nędznego żywota – spojrzałam na niego z dosłowną rządzą mordu w oczach. Myślałam, że mnie normalnie coś rozsadzi. – Nie dość, że zrobiłeś mi totalny burdel w komórce, pogubiłeś gwoździe, pomyliłeś farbę, to jeszcze zamieniłeś Zayna w różowego kucyka Pony. Gratuluję inteligencji, naprawdę. No do jasnej przyszłości! – wrzasnęłam, kiedy zorientowałam się, że moje starania idą w cholerę i ta durna, wściekle różowa farba ani myśli zejść ze skóry Malika.
- To był Horana pomysł – wtrącił Harry, za co dostał w łeb od blond przyjaciela.
- Wcale, że nie! To był pomysł Jasia Fasoli, nie mój! My go tylko wykorzystaliśmy! – sprostował szybko Niall.
   Spojrzałam na niego jak na idiotę.
- Jasia Fasoli? A myślałam, że to ja już zbzikowałam… - westchnęłam cicho.
- Od razu widać, kto tu ogląda telewizję – mruknął Horan, krzyżując ręce.
  
- Ruszycie wreszcie zacne tyłki i strzelicie tego durnego gola? – jęknął Liam. – Czy ja proszę o tak wiele?
- Coś mi się zdaje, że Anglicy nie są dzisiaj w najlepszej formie – rzuciła Vanilla, przechodząc obok nas i zerkając na telewizor.
- Co dzisiaj na obiad? – spytał Nialler, poprawiając się na fotelu.
- Jedzenie – odparła beznamiętnie i zniknęła w kuchni.
   Od tej boskiej akcji z różową farbą Vanly jest śmiertelnie obrażona na Hazzę i Horana. Dwie godziny siedzieli z Zaynem w kiblu, bo blondynka próbowała go jakoś doczyścić pumeksem. Niewiele to dało, ale teraz Malik zamiast wyglądać, jak dojrzała malinka, przypomina… siebie, tylko, że w różowych kropkach. Lepsze to niż nic, prawda?
   Dzisiaj to Vani robi obiad. Pani Rosalia postanowiła odwiedzić jakąś swoją koleżankę w Oxfordzie. Wyjechała, kiedy my jeszcze spaliśmy. To znaczy, nie wszyscy. Liam i Perrie ją odprowadzili. Pomogli się jej spakować i w ogóle. Mówili, że nie mogli usnąć po tak emocjonującej nocy.
   Wcale się im nie dziwię. Głupio się przyznać, ale mój sen polegał głównie na co półgodzinnym sprawdzaniu, czy Vani śpi i czy ktoś nie przyszedł do kuchni. Można powiedzieć, że naprawdę zasnąłem koło piątej. A i tak przebudziłem się, gdy Liam przyniósł nam koc.
   Vanilla wyglądała strasznie słodko i niewinnie, gdy spała. Przyglądałem się jej co jakiś czas i doszedłem do wniosku, że gdybym jej nie znał, pomyślałbym, że jest typową dziewczyną. No ale. Pozory mylą, rzecz jasna. Typowa dziewczyna nie jeździ traktorem.
- YEAH!!! GOOOL!!
   Wrzaski Nialla i Liama wyrwały mnie z rozmyślań. Rzeczywiście, Anglia nareszcie (ku radości chłopaków) wygrywała z Kostaryką 1:0. Skakali, wrzeszczeli i biegali jak jakieś dwa popaprańce. Wywróciłem oczami. Też się cieszyłem, ale jakoś nie chciało mi się od nich dołączać. Prawe całkowicie nieprzespana noc chyba zaczynała dawać się we znaki.
   Wydaje mi się, że tylko ja usłyszałem to dziwne charchanie w okolicach drzwi. Na początku pomyślałem, że tylko mi się wydaje, ale nie. Kolejne chrząknięcie i dobrze znana nam osóbka weszła do salonu z niemrawym uśmiechem na twarzy.
- Cześć – tak, tego zdecydowanie nie można było nazwać mówieniem. Charczała jak stary parowóz.
- Taylor? – zdziwił się Harry. – Co ci się stało?
- Mam chrypkę – wzruszyła ramionami, siadając obok mnie na kanapie. Nawet Niam zaprzestał swojej głupawki, przyglądając się blondynce badawczo.
- Ładnie się załatwiłaś, kochana – parsknąłem cichym śmiechem, ale widząc jej morderczy wzrok, urwałem.
- To wcale nie jest śmieszne – wychrypiała. – Szczęście, że nie muszę od razu wracać i kontynuować trasy… jak ja bym tak śpiewała?
- Eee tam, puściliby z playbacku i po problemie – Niall machnął ręką. Tay popukała się w czoło.
- Jakim cudem nabawiłaś się takiej chrypy? – spytał Zayn.
- Nie wiem – kaszlnęła. – To pewnie przez to wczorajsze śpiewanie. Wiecie, wypiłam trochę wódki i ten…
- Swift, powiem ci, że można cię pomylić z motocyklem – do salonu weszła Vanly i podała przyjaciółce jakiś kubek. – Herbata z miodem – wyjaśniła, dostrzegając mój pytający wzrok. Kiwnąłem głową. – Miód jest dobry na gardło.
- Tylko żeby jej nie zemdliło… - odezwał się Niall.
- Ty to się lepiej przymknij…
***
*mój własny tekst :D musiałam, Aniu c':

wiecie, jak to jest cierpieć na totalny brak weny? ja się przekonałam. i powiem wam, że to wcale nie jest przyjemne. starałam się, próbowałam napisać cokolwiek, co nadawałoby się do opublikowania na blogu, ale za ciorta nie mogłam. wena sobie poszła i wróciła dopiero kilka dni temu. na szczęście wróciła.
dlatego duże przepraszam za termin tego rozdziału, przepraszam za jakość rozdziału i przepraszam za jego długość. jest totalnie do dupy i ja o tym wiem, ale na brak weny nic nie potrafię poradzić.
mam nadzieję, że następny będzie szybciej, że będzie dłużysz i lepszy, bo ten nie podoba mi się kompletnie.
 jestem zszokowana rosnącą liczbą wyświetleń. z całego serduszka dziękuję za tą piękna liczbę 3180 <3 jesteście kochani xx
ale martwi mnie liczba komentarzy... jest tyle wyświetleń, ośmiu obserwatorów, a pod rozdziałami jest tylko 4 - 5 komentarzy (bo moje się nie liczą!). jest mi bardzo smutno z tego powodu. i boję się, że niedługo będę musiała wprowadzić zasadę "ileś tam komentarzy = nowy rozdział". naprawdę nie chcę tego robić, bo to jest perfidny szantaż, ale chyba będę zmuszona.

no cóż, KOMENTUJCIE, a ja się z wami żegnam :)
do następnego pyszczki, kocham was xo
całuskii <3
muminek.